Niemożność

Mam czasem takie dni, podczas których muszę ze sobą walczyć by cokolwiek zrobić. Myśli mi się kotłują, walcząc o uwagę, bądź przeciwnie, wpadam w marazm, niemożność, nic mi nie przychodzi do głowy. Bardzo długo szukałam metody walki z tym stanem. Coś co zagrzeje mnie do dalszej szarpaniny z życiem, by dało mi więcej. Czasem w lekkiej niemożności pomaga mi słuchanie muzyki. Kilka utworów, moich ulubionych pMam czasem takie dni, podczas których muszę ze sobą walczyć by cokolwiek zrobić. Myśli mi się kotłują, walcząc o uwagę, bądź przeciwnie, wpadam w marazm, niemożność, nic mi nie przychodzi do głowy. Bardzo długo szukałam metody walki z tym stanem. Coś co zagrzeje mnie do dalszej szarpaniny z życiem, by dało mi więcej. Czasem w lekkiej niemożności pomaga mi słuchanie muzyki. Kilka utworów, moich ulubionych, powoduje, że więcej się chce. Jednak gdy stan umysłu dalej nie daje się opanować muszę się chwytać innych metod. Na pewno oglądanie filmów nie pomaga, jest to zbyt bierne zajęcie. Gdy obejrzę coś w takim stanie, niczego nie zapamiętuje, nie przeżywam obrazu. Często jeszcze badziej mnie to zniechęca. Lubię napisać wtedy do Diak, jeśli jest dostępna, to naprawdę daje kopa do działania. Przytulenie się do bliskiej osoby też jest dobrym pomysłem, wtedy zaczynam chociaż trochę rozumieć po co żyję. Niestety bardzo często ten stan dotyka mnie, gdy nikogo nie ma w domu, wracam zmęczona po pracy, lub budzę się nie mając przy sobie nikogo. Najgorszym pomysłem jest zostanie w łóżku. Wtedy głowa coraz bardziej boli, pękając w szwach. Dużo lepszym działaniem jest zwleczenie się z posłania i zaparzenie herbaty. To działa kojąco, gdy usiądę z gorącym kubkiem, poczuję specyficzną gorzkość na języku i popatrzę przez okno na świat. Najlepiej zaśnierzony. Ale to wystarcza tylko na chwilkę, muszę działać. Bardzo dobrym pomysłem jest zabranie planu dnia, a jak go nie zrobiłam, planu tygodniowego i zobaczenie, do czego w tym momencie mam dążyć. To daje poczucie celu, trochę przytłumia wszechogarniającą bezsensowność.

Wtedy najlepiej wybrać zadanie, które nie wymaga myślenia i zbytniego skupienia. Sprzątanie, mycie garnków, spokojne ćwiczenia, na przykład joga. I uczestniczyć w tym całą sobą. Każdą cząstką ciała czuć dotyk wody, szorstkość podłogi, swój oddech. Takie zakotwiczenie w rzeczywistości, bardzo często, dla nas marzycieli i podróżników po światach fantastycznych jest niezbędne. Inaczej odlecimy na skrzydłach własnej wyobraźni.

~Bellatora

Galaktyki

Galaktyki

Czasem czuję się taka bezsilna. Nie wiem czy ty też tak masz. Takie wrażenie, że już w zasadzie nie wiesz dokąd zmierzać, co robić. I choć bywa, przez większość Twego czasu, że wiesz, chcesz i umiesz… To pod koniec i tak już nie masz pojęcia. To jest bardzo smutne, być taką osobą. Nie odczuwasz żadnych inicjatyw, gestów. Impulsów pchających Cię do przodu. Po prostu dostrzegasz bezsens i tracisz motywację. Masz już dość. Męczy Cię brnięcie prosto do kolejnej kropki, a rzeczy, które wydawały Ci się wartościowe, Twoje marzenia… już nie jesteś pewien, czy są Twoimi marzeniami. Też tak masz?

  Nie wiesz czy osiągniesz to co chcesz, ani czy naprawdę tego chcesz. Po prostu bezsens. Starasz się odtwarzać szczęście, które chwilowo zatraciłeś. Rano obudzisz się i już nie będziesz pamiętać. Ale potem znowu się to zacznie i znowu będziesz myśleć, że to zbyt skomplikowane i niepewne, nie uda Ci się tego osiągnąć. Bo tak już masz.

  Ludzie mają skłonność do zapętlania się w różnych rzeczywistościach. Czy to tylko ja? W tych pętlach kłębią się ich uczucia, nadzieje. Budują sobie różne światy w których się na chwilę, dłuższą czy krótszą, zanurzają aby potem wyskoczyć i poczuć chłód atmosfery znajdującej się poza ich galaktykami. Brakuje tu powietrza, dlatego wskakują do nowej rzeczywistości i tak przez cały czas.

  A ja tkwię poza rzeczywistością. Wiem o tym, bo czuję ból. Dlatego chowamy się we własnych galaktykach, żeby nie cierpieć.
   Ale potem przychodzi motywacja. Nagle w jednym momencie coś się zmienia i ja też się zmieniam. Dostrzegam cel i on nadaje wszystkiemu sens. W moim przypadku jest nim aktorstwo. Nie chodzi mi tutaj o sławę czy jakieś związane z prestiżem zaszczyty, tylko o samą możliwość grania. Mam świadomość tego, że może mi nie wyjść… Ale dlaczego miałoby się nie udać, skoro ta pasja jest chyba jedyną rzeczą, która utrzymuje mnie na powierzchni? W ten sposób mogę sobie mówić, że moje działania nie są bezpodstawne, przecież zmierzam w określonym kierunku. Wtedy mój dzień staje się produktywny, a ja zasypiam ze świadomością, że chcę się obudzić następnego ranka – i działać! Mogę godzinami próbować osiągnąć zamierzony efekt, wypisywać uwagi na temat gry aktorskiej, czy chociażby ćwiczyć mój język, starać się osiągnąć płynność w każdym z wymienionych aspektów. To daje mi radość i pomimo tego, że czasem odczuwam frustrację (przecież nie zawsze wychodzi idealnie), czuję, że to jest ta galaktyka w której chcę istnieć.

  Należy znaleźć swoją pasję, bo jeżeli jest ona prawdziwa, to z czasem stanie się czymś więcej – życiem. Jeżeli nie mamy takiego swojego promyczka, światełka w tunelu, to popadamy w monotonię, która w żadnym przypadku nie jest przyjemna, więc naturalną rzeczą jest to, że chcemy ją zakończyć. Warto też zadbać o to, aby ten promyczek nie był czymś kompletnie niezależnym od nas, bo wtedy tracimy kontrolę i zaczynamy panikować. To z kolei często prowadzi do załamania. Ale należy próbować, bo wierzę, że to uczyni nas szczęśliwymi. Mnie… i Ciebie. Bo tak już mamy 🙂

Fascynacja

Chyba każdy przechodził ten stan. Przeczytaliśmy lub obejrzeliśmy dzieło pewnego człowieka i… zafascynował nas. Zapragnęliśmy się czegoś o nim dowiedzieć. Bardzo często stojąc przed dziełem malarskim, architektonicznym lub rzeźbiarskim mam nieodparte wrażenie, że rozumiem zamysł, czuję myśl jaką kierował się artysta. Osoba kształtująca widziane piękno staje mi się nagle bliska, warta poznania, myśląca tak jak ja.

Oczywiście kwestia filmu jest jeszcze bardziej prosta. Tu nawet nie muszę sobie twórcy wyobrażać, on stoi przede mną ukryty za cienką warstwą szkła. Emocje są widoczne, czasem w przypadku aktorów o wyższym kunszcie nawet namacalne, a jeśli dodamy do tego osoby genialnego scenarzysty i reżysera! Powietrze jest aż ciężkie od przeżywanych wzruszeń. Jednak film jest sztuką bardzo sugestywną, oddziałuje na nas dzięki narządom słuchu i wzroku, czym żadna inna sztuka (prócz filmowi pokrewnych jak teatr czy performance) nie może się poszczycić. A nawet mimo tego ułatwienia, jest niewiele filmów, które są naprawdę arcydziełami. Taki jest już charakter sztuki, człowiek musi stworzyć mnóstwo miernoty, by z ogółu wyłoniło się kilka wyjątkowych dzieł. Tak należy to traktować. A nawet czasami wśród dzieł uznanych za przeciętne przez ogół, możemy znaleźć coś bliskiemu nam, a przez to wyjątkowego.

Przez niezwykłą sugestywność i w wielu przypadkach prostość filmu, większość osób jest w dzisiejszych czasach zafascynowana właśnie aktorami. To oni wiodą prym, zaraz obok gwiazd muzyki i starym tworem, pod nową nazwą tzn. celebrytami. Popularność myślicieli, pisarzy oraz artystów sztuk plastycznych opiera się w głównej mierze na potędze filmu. W zbiorowej świadomości pojawia się nazwisko przedstawicieli tych profesji, gdy pojawia się ekranizacja ich dzieła lub biografii. Popularność komiksu w ostatnich latach również opiera się na potędze dziesiątej muzy. Oczywiście zjawisko nie jest do końca negatywne, jeśli prowadzi do fascynacji i bliższego poznania z innym rodzajem sztuki niż film.

Pomijając ten długi wstęp, przechodzę do listy osób których sztuka w szczególny sposób mnie zafascynowała, niepełnej, ale w kolejnych wpisach możliwie uzupełnianej.

-Olga Boznańska – w jej dziełach czuć niesamowitą melancholię i tajemniczość, w niektórych okresach twórczości jej obrazy charakteryzowały się pociągającą miękkością kolorów.

– Wasilly Kandinsky – po prostu kolorystyka, podczas gdy niektóre dzieła abstrakcyjne są niesamowicie depresyjne i momentami bezsensowne, ten zdolny rosjanin potrafił przenieść na płótno kolory przepięknie, energicznie współgrające ze sobą.

– Caravaggio – gra światła i cieni w najdoskonalszym wymiarze, a w dodatku emocje na twarzach postaci, ich grymasy są oddane w sposób doskonałe.

-Fałat – kocham śnieg, a malowane przez niego pejzaże zimowe są niesamowite! 

Zima nadeszła

Julian Fałat “Krajobraz zimowy z rzeką” źródło: http://wolnelektury.pl/media/pictures/images/pejzaz-i-miasto-falat-krajobraz-zimowy-z-rzeka_4.png

Wreszcie po tylu dniach zimnych, ale mokrych i mało urokliwych nadeszła zima. Puszek niczym wata pokrył, jeszcze cienką warstwą, ulice Wrocławia i moje wioskowe pola. Zaczęło się robić bardzo nastrojowo, jeszcze nie zaryzykuję stwierdzenia, że przedświątecznie, ale czuć już w powietrzu to specyficzne, radosne oczekiwanie. Znów nadchodzi czas jedyny w roku, a zima wreszcie otrzepała na nas swój mroźny płaszcz.

Lubię zimę, jest to moja ulubiona pora roku. Oczywiście bywają też brzydkie, ale to jedyny okres gdy świat na chwilę może ukryć swoją brzydotę. Przyprószyć szare ulice śniegowym pudrem, zakryć niedoskonałości szronowymi mozaikami niczym naturalnym korektorem. Świat robi się piękny,  tak jak kobieta ubrana w swoje ulubione ubrania. Świat czuje, że jest piękny, właśnie założył swoją najbielszą, najbardziej odświętną suknie.

Uwielbiam przeżywać zimę, kocham wzory utworzone na szybie, lekką warstwę śniegu na pniach drzew. Sople koronują dachy, wystarczy jeden ułamać, a masz wszystko, od laski maga po sztylet groźnego skrytobójcy. Jest zimno, ludzie opatulają się w swoje najcieplejsze rzeczy, szukają ciepła, pożądają go. Może właśnie to powoduje, że zima to idealny okres czasu dla miłości. Wiele romansów dzieje się w zimie, filmy… po prostu ta wspaniała sceneria nie może pozostać niezauważona.

Obrazy które kojarzą nam się dobrze, to często zimowe scenerie, kominek z palącym się ogniem, wiszące skarpety. Światło niesamowicie wygląda na tle zasp, a padający śnieg na tle światła mojego domu to już czysta poezja. Nie dlatego, że mój dom to cud architektury, ale z powodu ciepła jakie się w sercu rozlewa na myśl o najbliższych czekających przy ciepłym kominku, o ciepłej herbacie parującej w zmarzniętych dłoniach, lub czekoladzie pachnącej w mroźnym powietrzu. Kot nie wychodzi już na pole, ale obserwuje świat za szybą, łapiąc w wyobraźni płatki śniegu, ale spróbuj go wyrzucić na zewnątrz! Oburzony będzie wył pod drzwiami.

Zima to też wspaniałe sporty. Uwielbiam narty, co nie znaczy, że jeżdżę na nich często, lub umiem dobrze jeździć, ale ślizganie się po śniegu jest chyba najlepszą zabawą z dzieciństwa, z której nie wyrosłam. Zawsze marzyłam o jeździe na łyżwach, ten sport ma w sobie coś wyjątkowego, nawet jeśli nie jeździsz jak profesjonalistka.

Do czego prowadzi mój zachwyt nad zimą? Do listy. Te rzeczy pozwalają przeżyć zimę tak jak trzeba. Chłonąc wszystkie jej aspekty.

Co zrobić by przeżyć piękną zimę? 7 punktów według Bellatory.


  1. Zrób zapas ulubionej herbaty i czekolady, zaparzaj po powrocie do domu, siadaj z kubkiem w fotelu, z kotem na kolanach.

  2. Znajdź swój wyjątkowy zimowy sport, narty, łyżwy, sanki, a może coś mniej konwencjonalnego? Kulig? Zbieranie sopli lodu z przeszkodami?

  3. Gotuj rozgrzewające potrawy jednogarnkowe, leczo, bigos. Piecz piernik i nie wahaj się nim objadać.

  4. Obserwuj płatki śniegu. Przed chwilą stałam na polu i właśnie to robiłam. Samo przeżycie jest niesamowite, ale ja uwielbiam to robić z muzyką. Przesłuchałam utworów “ Winter has come” oraz “ The winds of winter” z ostatniego  albumu z serialu “Gra o tron”. Był niesamowity nastrój!

  5. Przygotuj się do świąt. Nie ma zimy bez Bożego Narodzenia, kwestię tego, czy ktoś wierzy pomijam, ale nawet moi znajomi ateiści kochają święta. Dom wystrojony, rozświetlony, wysprzątany i zapach wigilijnych potraw, a przede wszystkim radość w sercu.

  6. Chodź na długie mroźne spacery, koniecznie z ulubioną osobą. Chłoń zapach i nastrój zimowy.

  7. Czytaj! Najlepiej przy kominku wieczorną porą.


~Bellatora

Depresja

Całe. Życie. W jednej szkatułce, po brzegi wypełnionej kartami. Spojrzała na pięknie rzeźbione drewno z nieufnością. Tak strasznie chciałaby spalić puzderko. Obrócić je w proch, sprawić, że przestałoby istnieć. Nie miała pojęcia co stałoby się potem. Jedyne co wiedziała na pewno, to ból. Gniotący ból, pochodzący ze środka niej samej. Już nie miała siły. Nie miała tej cholernej siły, żeby w końcu zwlec się z łóżka, otrząsnąć z tego transu. Cholera, nie miała siły, żeby podnieść rękę i otrzeć łzy z policzka. Nie miała siły. 

  Ociężale przewróciła się na drugi bok i podciągnęła kołdrę pod samą brodę. Westchnęła cichutko. To był ten moment, kiedy zaczęły nachodzić ją różne myśli. Potem zaczynała płakać, żeby w końcu zacząć nieruchomo wpatrywać się w sufit i pozwolić łzą wylewać się potokami z jej oczu. Już o niczym nie myślała. Czuła jedynie ogromny ciężar wgniatający ją w łóżko. I jeszcze więcej. Bólu.

   Były też chwile, kiedy nie wytrzymywała. Brała wtedy żyletkę i podążała do łazienki. Czasem spoglądała na swoje odbicie w lustrze, lecz zazwyczaj skupiała się tylko na jednym. Przeciągała parę razy ostrzem po skórze. Krew, która wypływała była gęsta i czerwona. Ten ból był inny. Przede wszystkim nie był cierpieniem. Czuła ulgę gdy przychodził. Uspokajało ją to. Odetchnęła głęboko. Nareszcie.

  Nawet małe rzeczy przychodziły jej z ogromnym trudem. Nie potrafiła się skupić na nauce, często wpadała w panikę, kiedy myślała o nadchodzących egzaminach. Ale nadal niezmiennie nie potrafiła. Przestała też cieszyć się z małych rzeczy, w których nie była już w stanie odnaleźć radości lub chociażby się do nich uśmiechnąć. Nie chodziło o to, że tak chciała. Nie była to żadna poza lub wymówka. To po prostu przyszło. Nie była w stanie do końca określić momentu w którym się to stało. Podejrzewała, że był to proces, że choroba wkradała się stopniowo. To prawda, na początku czuła się źle, ale była przekonana, że to w końcu minie. W weekend odeśpi i od razu wróci jej dobry humor. Lecz tu nie chodziło o humor. Nie wracało coś więcej, coś co wcześniej sprawiało, że kochała taniec, śmiech i dołeczki w policzkach swego chłopaka. Ciągnęło się to przez pewien czas… Aż w końcu nie dało się tego zignorować i powiedzieć, że Jej nie ma. A ona bardzo chciała wierzyć w to, że nie istnieje. Że Depresja tak naprawdę nie ma miejsca w jej życiu. Ale byłoby to kłamstwo.
  Ile godzin zmarnowała na bezczynnym wpatrywaniu się w sufit, podłogę, ścianę, w krajobraz za oknem. Ile razy zdezorientowana budziła się o trzeciej nad ranem. Ile razy zaczynała płakać z wyczerpania, chociaż tak naprawdę nie robiła niczego co mogłoby pozbawić ją sił. Ile razy uczucie beznadziei psuło jej momenty, które mogłyby być szczęśliwe. Nie była w stanie zliczyć.
  To nie jest tak, że postanowisz, że to już koniec i wtedy Ona odejdzie. Nie pstrykniesz w palce, nie gwizdniesz, nie tupniesz. Nie taka jest Jej natura. Ona będzie przez cały czas nad Tobą wisieć, jak gradowa chmura, otaczać Cię coraz cięższym, gęstszym powietrzem, aż w końcu Cię udusi. Utoniesz. Ciśnienie rozsadzi Ci czaszkę… Bo nie masz siły. 
         

 Depresja jest chorobą ciężką do wyleczenia. Często osoby bliskie tej na nią cierpiącej nie mają pojęcia, że ich córka, brat czy przyjaciel są chore. Osoby doświadczające depresji nie lubią się tym “chwalić”, a w towarzystwie mogą zachowywać się całkiem normalnie, uśmiechać czy nawet żartować. Problem pojawia się gdy wracają do domu czy jakiejkolwiek innej przestrzeni zarezerwowanej tylko dla nich.

    Problem pojawia się? Bardziej ujawnia, bo depresja cały czas tam jest, wcale nie znika. Można ją porównać do dziwnego stworzenia mocno uczepionego ramienia, non stop szepczącego do ucha. 

    Jak sobie z tym radzić? Skąd zdobyć motywację? Dwa bardzo ważne, kluczowe pytania. Przede wszystkim, powiedzieć osobie bliskiej, zaufanej. Jeżeli nie jest się w stanie na dłuższą metę motywować, musi robić to ktoś inny. Oprócz tego, chociaż jest to bardzo ciężkie, należy próbować zapobiec rozwojowi choroby. Starać się nie siedzieć w jednym miejscu lub przy tej samej czynności dłużej niż przez godzinę, wychodzić na świeże powietrze (aby dotlenić organizm), zacząć uprawiać jakiś sport lub właśnie spacerować, nie izolować się od ludzi, nie popadać w rutynę, dbać o dietę i sen, kontrolować swój stan zdrowotny, rozmawiać o swoich odczuciach. Nie bać się, bo depresja nie jest powodem do wstydu, tak jak grypa, ospa, czy jakakolwiek inna choroba. Depresja nie oznacza, że ktoś jest gorszy. Oznacza, że należy mu pomóc.

~Diakini

Jaki jest najbardziej kobiecy alkohol?

– Najbardziej kobiecy alkohol? – przed chudym chłopakiem stanęły dwie dziewczyny w skórzanych kurtkach. Popatrzył na nie badawczo, a one uśmiechnęły się kpiąco.

– Ja nawet was nie znam. – Powiedział zaniepokojony.

– Pozwól, że się przedstawię – czarnowłosa dygnęła – Bellatora we własnej osobie.

– Nie martw się kochany, nie gryziemy..mocno. – Rudowłosa wykrzywiła się w drapieżnym grymasie, kątem oka spoglądając na towarzyszkę.   – Diakini. – przedstawiła się z błyskiem w ok.u

– Diak? Chcesz go przestraszyć? – Bellatora pokręciła głową. – W ten sposób nigdy nie znajdziemy nikogo kto będzie nas chciał posłuchać, a z resztą… Jesteśmy siostrami, mamy jeszcze trzecią kulę u nogi. Fascynujemy się tyloma tematami! Na pewno lubimy opowiadać ciekawe historie, Diak jest zapaloną aktorką ja marzę o pisaniu i naprawdę wszystko mi jedno co to będzie, mogę nawet opisywać nagrobki. Wiesz, że to jedne z ciekawszych zabytków w Polsce?

– Nie wiedziałem. – Chłopak dalej był lekko spięty.
Diakini spojrzała na Bellatorę ze zdziwieniem.

– Tiga, przecież obie wiemy, że zamiast o nagrobkach wolałabyś opowiadać o książkach. – Przeniosła wzrok na nieznajomego. – Jest na tym punkcie kompletnie zakręcona. Sama nie wiem czy mam w bibliotece tyle książek ile ona przeczytała. Albo takich jakie ona przeczytała! – zaśmiała się, autentycznie rozbawiona swoim odrobinę niezrozumiałym żartem.

– Diakini ma za to specyficzne poczucie humoru i zna mnie jak mało kto. To prawda lubię czytać, pisać, lubię film i teatr, operę, wiersze. Generalnie dobrze opowiedzianą historię. Mam też swoje specyficzne gusta, biorąc pod uwagę niektóre kryteria, którymi się kieruję przy wyborze innych dzieł, niektóre nie powinny znaleźć się na liście moich ulubionych. Na przykład uwielbiam superbohaterów, opowieści wydawałoby się proste, ale dla mnie zawsze posiadające specyficzny urok. Diak też je lubi. Lubi też Sherlocka, co jest jak najbardziej zrozumiałe, ale co dziwniejsze lubi też aktora który go gra, nazywa go swoim…
– Bo jest mój! Nikt nie próbuje tego kwestionować, bo wszyscy mają świadomość tego jakby się to skończyło. To prawda, lubię Benedicta i superbohaterów, ale przede wszystkim kocham właśnie teatr i aktorstwo. Uwielbiam oglądać ujęcia z planu i najróżniejszego rodzaju Making off! Niesamowity jest moment w którym aktor wciela się w swoją rolę, to jak prawdziwa magia. Moim największym marzeniem jest w tym uczestniczyć. Ale Tiga też to kocha. Ma wielki talent do odgrywania różnych bohaterów, nawet tych najgłupszych (jak na przykład Sheldona). Wydaje mi się, że to naprawdę pomoże jej zostać genialnym reżyserem. Do tego trzeba mieć pewną wizję i wiedzieć jak ją zrealizować. A potem jest już reszta, która nie stanowi tak wielkiej przeszkody!
– Poza tymi nieskromnymi wynurzeniami, możemy też się pochwalić pasją do jazdy konnej, chociaż Diak potrzebuje posłusznego wierzchowca. Inaczej pióra lecą! Lubimy też dobrą herbatę, ogień palący się w kominku, ja majsterkowanie i rękodzieło, Diak anglików i malowanie paznokci. Lubimy czasem zagrać w piłkę nożną, poćwiczyć, pobiegać. Choć bez bicia przyznaję, że powinnyśmy to robić zdecydowanie bardziej regularnie. Diakini ma słabość do sów i smoków, ja kocham tygrysy i koty wszelakiej maści, mam nawet prywatnego łobuza zwanego Nene.
-Tak, Nene to prawdziwa łobuzica! Miała kiedyś siostrę, która była najwspanialszym kotem jakiego kiedykolwiek miałam. Niestety zmarła kilka miesięcy temu, ale zawsze będziemy o niej pamiętać. – Diak pokiwała głową. – Motywacja. Tiga dostarcza mi motywacji. Czasem przychodzą takie momenty, kiedy mój świat nie tyle się wali, co po prostu traci sens. Dochodzą do tego różne inne dolegliwości. Jeżeli na to kiedykolwiek cierpiałeś – Uniosła brwi z powątpiewaniem. – To wiesz jak ważna jest motywacja, żeby zwlec się z tego cholernego łóżka i zrobić cokolwiek. Poza tym, Tiga świetnie gotuje. A to pomaga wszystkim, bo jedzenie jest super! – Uśmiechnęła się z rozmażeniem.

-Siostra Nene miała na imię Kupasek, sam zdecyduj, czy była wspaniałym kotem. – Bellatora uśmiechnęła się kpiąco. – Od razu zaznaczam, że nie umiem zbyt dobrze gotować, to pobożne życzenie moich bliskich, ale coś dobrego czasem wychodzi. Jak mnie najdzie fantazja. Jesteśmy też zgranym zespołem muzycznym, Diak rapuje, ja śpiewam, trochę gramy na fortepianie. Kiedyś chciałyśmy to robić profesjonalnie… Ach te marzenia!
– Miała na imię Kaede, jak japońska księżniczka! Marzenia, bo nie starczy nam czasu na wszystko. Poza tym Tiga jest świetna z łaciny i greki. Ja uczę się włoskiego, nie to, żeby genialnie mi szło. Przynajmniej mam dobry akcent. Co oprócz tego? Mam wrażenie, że powinnyśmy dostać nagrodę nobla. Dlaczego? A, tak po prostu!
– Tak… Wiesz o nas mniej więcej 1% ale to powinno jak na razie wystarczyć. – Bellatora poklepała chłopaka po ramieniu. – Tak więc, zapraszamy cię na przygodę po naszym zwariowanym świecie!

~BAD